I nadszedł ten dzień, którego wyczekiwałam, czyli wieczór panieński! Oczywiście nie mój, tylko narzeczonej od kuzyna. Można opisać to w skrócie jako pasmo nieszczęść ze szczęśliwymi zakończeniami :D Wszystko zaczęło się wczoraj, o godzinie 16 wyjechaliśmy w stronę Katowic, gdyż tam miała się odbyć cała impreza. Rozpoczęłyśmy spokojnie pijąc drinki w ogródku, a w międzyczasie przyszła panna młoda wykonywała szereg zadań, które wymyśliła organizatorka imprezy, czyli jej przyjaciółka. Uwaga uwaga, miała być limuzyna, czekałyśmy na nią w końcu pół godziny jeszcze po tym jak miała godzinę obsuwy, a skończyło się na tym że pojechałyśmy do pubu taksówkami i autobusem na gapę. Wszyscy dziwnie się na nas patrzyli, gdyż każda miała czarną sukienkę i założoną maskę.. Jak już dotarłyśmy na miejsce, godzina 23:30, miałyśmy już wynajętą lożę. Więc imprezę rozkręciłyśmy i zakończyłyśmy tam. Dosłownie tańczyłyśmy do białego rana, gdyż jak wychodziłyśmy to było całkowicie jasno, a była dopiero 4.20 nad ranem. Trafiłyśmy do hotelu, przespałyśmy 5h i uznałyśmy, że jesteśmy głodne. Po posiłku, zanim się ogarnęłyśmy, byłyśmy w domach dopiero po 16.
Polecam McDonalda na kaca, serio.
Teraz każda śpi, a ja walczę z sennością i modlę się, żeby moja ładowarka się znalazła.. W skrócie tyle, pierwszy wieczór panieński na jakim byłam, daję mu 6+ i oby było takich więcej!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz